Jadąc ulicą Górczewską właściwie tylko na wysokości kolonii Wawelberga możemy zauważyć coś ewidentnie przedwojennego i czerwonoceglanego. Wola wzdłuż Górczewskiej usiana jest głównie budowlami w stylu „wczesny Gierek” i tylko wytrawne oko miłośnika dostrzeże coś starego pomiędzy blokami. W okolicy Płockiej i Górczewskiej kamienic jest nieco więcej, a wiąże się to z zabudową tej okolicy z okresu okupacji. Domy przetrwały, bo były murowane. Głównym budynkiem w tym kwartale jest Instytut Gruźliy i Chorób Płuc na Płockiej 26. Góruje nad okolicą teraz tak jak górował 70 lat temu. Wówczas ta złożona była głównie z zabudowy niższej, nierzadko drewnianej typowej dla robotników i ludzi niezamożnych. Gmach szpitala po dziś dzień ma przyczepioną nazwę „Szpital Wolski” nad głównym wejściem i nie jest to pomyłka. Wolanie i warszawiacy przyzwyczaili się już do innego szpitala wolskiego, na Kasprzaka. W okresie okupacji te dwa szpitale nazywały się odpowiednio: na Płockiej „Wolski” a na Kasprzaka „Starozakonny Szpital na Czystem ul. Dworska 17” czyli, gdyby ktoś dzisiaj wrócił po wojnie do Warszawy i podał taksówkarzowi ten adres – kierowca by nie trafił:)

Wracając do dawnego Szpitala Wolskiego. Kiedy wybuchła wojna w podziemiach gmachu urządzono tajne komplety dla studentów medycyny i młodych lekarzy. Szpital działał nieprzerwanie przez wszystkie lata wojny, aż nadszedł wtorek 1 sierpnia. Powstanie zastało pracowników i chorych w tym miejscu i nie oszczędziło niemal nikogo. Ci, co przeżyli, przetrwali piekło nadludzkim wysiłkiem i nadal pomagali ludziom. Były to historie pełne dramatu jednocześnie ukazujące triumf człowieczeństwa i przysięgi Hipokratesa.

Dyrektorem szpitala był wówczas Józef Piasecki. Kiedy 5 sierpnia rozpoczęło się ostrzeliwanie okolicznych budynków rozkazał natychmiastową ewakuację szpitala w kierunku Śródmieścia. Rozkaz ten nie mógł zostać wykonany ze względu na odcięcie okolicy przez oddziały SS oraz brak możliwości przetransportowania chorych. Kiedy rankiem w tak zwaną „czarną sobotę” dr Leon Mnteuffel i dr Janusz Zeyland doatrli na ulicę Wolską do żołnierzy Wermachtu, jeden z oficerów powiedział im, żeby uciekali z Woli, bowiem w ciągu godziny-dwóch przybędą tu jednostki SS, a wówczas rozpocznie się piekło. Doktorzy nie uciekli.

Niemcy z SS dotarli do budynku przed południem. Kazali dyrektorowi Piaseckiemu, doktrowi Zeylandowi i księdzu kapelanowi Ciecierskiemu stawić się w gabinecie dyrektora. Chwilę później w szpitalu rozległy się trzy strzały. Wszyscy trzej zostały zamordowani strzałem z przystawienia. Tak rozpoczęła się Rzeź Woli w Szpitalu Wolskim na Płockiej.

Żołnierze rozpoczęli wyrzucanie ze szpitala ludzi bez względu na wiek i płeć, stan zdrowia. Tych od razu po operacji wynoszono na noszach. Dochodziło do rozstrzeliwań jeszcze na terenie budynku. Dobijano umierających, strzelano do ukrytych w piwnicach ludzi, gwałcono kobiety. Uformowana grupa ruszyła w marsz ulicą Górczewską mijając stosy trupów na chodnikach i podwórzach. Dotarli do wiaduktu, gdzie kilka godzin później w grupach uformowanych po 10-12 osób podchodzili do miejsca kaźni niedaleko torowiska i nasypu w okolicach Moczydła. Rozstrzeliwano ich na miejscu nie bacząc na kobiety ciężarne, małe dzieci, starców, duchownych, osoby chore. W tym samym czasie doktorzy Manteuffel i Wesołowski oraz dwie pielęgniarki zostały wezwane na punkt opatrunkowy Niemców, by pomóc okupantowi w opatrywaniu obrażeń. Lekarze pomogli i w wojennej zawierusze przeżyli. Wrócili niemal od razu na teren szpitala, by pomagać rannym.

Szpital nie został spalony ani wysadzony dzięki polskiemu Żydowi nazwiskiem Leski, który tak dobrze udawał Niemca blefując przed żołnierzami niemieckimi, że ci pozwolili mu i żonie swobodnie przejść przez wszystkie punkty kontrolne zabijanej i palonej Warszawy, a zamieszanie było przy tym takie, że odeszli od zamiarów wysadzenia gmachu i zrobili sobie w nim punkt zborny.

Budynek, który nie dość dokładnie opróżniony pozostał schronieniem dla ponad 90 dusz, w tym rannych Powstańców. Personel, którego Niemcy nie wypędzili na rzeź przy wiadukcie igrał z ogniem. Na piętrze leżeli Powstańcy, na parterze stacjonowali SSmanni. Siostry poruszały się nadzwyczaj uważnie, by nie usłyszano ich obecności. Z piętra na piętro zjeżdżały po drewnianych poręczach, by odgłosy stąpania po schodach nie zostały usłyszane. Szpital Wolski już 7 sierpnia wznowił działalność. Tymczasowym dyrektorem został dr Hroboni ze szpitaka Karola i Marii (dziś już nieistniejącego, a znajdującego się na wysokości restauracji Klimczok na Górczewskiej). Dr Woźniewski, który był trzecim z lekarzy, którzy przeżyli rozstrzeliwania zdołał skontaktować się z pozostałymi pracownikami znajdującymi się wówczas we wsi Jelonki pod Warszawą. Przeżyło niewielu. Rozpoczęła się ewakuacja w kierunku Dulag 121. Tam pracownicy szpitala uratowali wielu ludzi od śmierci w wyniku odniesionych ran, w wyniku przedwczesnych porodów, a także uratowano wielu ludzi od wywózki do obozów śmierci i wgłąb Rzeszy. Bohaterska postawa obsługi Szpitala Wolskiego jest nie do przecenienia.

Budynek został. Remont generalny miał miejsce dopiero kilka lat temu, ale nie wszędzie. Kilka odcinków korytarzy, poddasze i podziemia zostały nietknięte. Dziś jest to prężnie rozwijający się szpital specjalistyczny w historycznym gmachu o tragicznej, ale i pięknej historii. Jedna z sióstr pracująca w szpitalu przy Płockiej opowiadała mi, że na okres remontu przeniesiono ich dyżury na tak zwaną „starą chirurgię”.

„Czasami nie mogłam zasnąć”

DSC_1781 DSC_1784 DSC_1791 DSC_1792 DSC_1796 DSC_1798 DSC_1800 DSC_1810 DSC_1817 DSC_1824 DSC_1833 DSC_1834 DSC_1843 DSC_1844